Do jednego z klubów we wschodnim Londynie, ,Aquarium”, w którym główną atrakcją jest basen, nie wpuszczają na pływalnię zbyt pijanych, ale już nikt nie zwraca uwagi na to, czy jesteś na czymś. Bo w większości klienci są na czymś. I najlepsze jest to, że są to ludzie, którzy reprezentują wszystkie możliwe grupy społeczne, nie można ich więc jakoś wyselekcjonować. No, może poza doborem tych droższych i tych tańszych dragów.

 

W Camden nie przebędziesz powoli wieczorową porą. Obok głównej ulicy tuż przy Camden Station wystają najczęściej murzyńscy sprzedawcy każdego wariantu używek. - Hasz, holender… - syczą bezdźwięcznie. Pod żadnym pozorem pomimo tego nie wiesz, co precyzyjnie wierzysz. W przyszłości legendarny sklep wielkopowierzchniowy, targowisko rozmaitości. Wymowne camdenowskie buciory na gigantycznej platformie, pstre sukni spośród krynoliną, szkoła wyższa tatuażu, panaceum na nudę. Narkotyki są wzdłuż i wszerz, w sąsiednich gospodach nagminnie basta zapytać barmana.

 

Wychodzę na wyrwę w wytwórczości. W środku tawerną nic się nie dzieje, kroczę porwać. Na zewnątrz siedzi boss kuchni. Pali, lecz nie niedopałka. - Skąd to bierzesz? - testuję zaciekawiona. - Spośród coffee shopu - reaguje. - To w Londynie są takie coffee shopy? - testuję z rosnącym zapędem. - Zaprowadzę cię, o ile pragniesz.